Najgłupsze zabawy z dzieciństwa


W czasie deszczu dzieci się nudzą...  albo bawią się w zabawy tak głupie, ze włos się na głowie  jeży. Założę się, że masz na swoim koncie podobne grzeszki, przyznasz się?

Zbierałam dżdżownice i rzucałam nimi w kury sąsiada (były za drugim płotem w głębi ogrodu)
Kiedyś głupio gapiłam się na sąsiada gdy pielił ziemniaki - dostałam w prezencie wyjątkowo dorodny okaz stonki ziemniaczanej ale mam  kazała mi "to" wyrzucić.
Na wakacjach (ogólnie w spędowisku dzieciaków w różnym wieku) najlepiej grało się w karty, w Wojnę, w Makao, w Oszusta ale też w Pokera i w Ch.U.J'a. Ostatnia gra miała zasady podobne do Makao i jej oficjalna nazwa  (odpowiedź na pytanie "w co się bawiliście") brzmiała "Historyczny Upadek Japonii" - dorośli byli zachwyceni. Dzieci tak grzecznie się bawią i jeszcze o historii się uczą...

Gdy już umiałam czytać zbierałam pająki ( i różne robactwo) do pudełek po wykałaczkach, szukałam ich zdjęć w mądrej książce - albumie przyrodniczym i sprawdzałam, co jedzą i jak się zachowują. Było mi tylko smutno, ze żadna z moich koleżanek nie podziela moich zainteresowań.
Oglądałam wystawę motyli, a w podstawówce przebrnęłam przez pół książki Arkadego Fidlera "Motyle mojego życia". Próbowałam wyhodować motylka ale miałam pecha bo gąsienica przytyła, znieruchomiała i coś z niej wyszło i nie był to motyl (wtedy poznałam słowo pasożyt).
 Gdy byłam w podstawówce to w domach powili zaczynały pojawiać się komputery - te wielkie pudła z wielkimi monitorami CRT oczywiście bez żadnego internetu. Czasem powodem odwiedzin u koleżanki była jakaś fajna gra na komputer. Bywały one różne. Dwie najgłupsze gry? Książę i Tchórz (misja pierwsza - rozkop nagrobki i znajdź skarby, misja druga poproś o klucz podejrzanego typa, który ciągle odmawiał). Druga to Milionerzy - miało być jak w telewizji, faktycznie gra była jej parodią skrzyżowana z... boksem. Nie ma to jak brak oznaczeń wiekowych na grach... Jak czytamy na Wikipedii "Wysłanie gry do sprawdzenia leży w interesie producenta, aczkolwiek nie jest to obowiązkiem. (...)  We wrześniu 2009 oznaczenia PEGI zostały uznane za jedyne oficjalnie obowiązujące w Polsce[1]. Do tego czasu PEGI funkcjonowało w Polsce półoficjalnie." Jedną z mądrzejszych gier edukacyjnych w jaką grałam w dzieciństwie (ale niezbyt dopasowanej do poziomu w szkole i wieku ucznia) była płyta z programem do nauki angielskiego z mikrofonem i bajerem porównywania wykresu wymowy lektora z wykresem wymowy własnej. Super. Nie pamiętam, kto pierwszy odkrył, że najlepszą zbieżność wykresu uzyskuje się słowem "dupa". 


Najmodniejsza zabawa grupowa z dzieciństwa? Big Brother. Każdy po kolei szedł do Pokoju zwierzeń i typował najsłabsze ogniwo (najmniej lubianą osobę). Tą, która zebrała najwięcej głosów wyrzucało się z gry lub wyznaczało do czarnej roboty w następnej misji (np niesienie zgniłego jabłka). A gdy coś poszło nie tak to odwiedzały mnie pojedyńczo i każda o każdej coś słodkiego mówiła używając nazbyt często słowa "gupia" i świnia", a czasem nawet "dupa".

Dla niewtajemniczonych ciocia Wikipedia objaśnia zasady: "Grupa uczestników (ich liczba najczęściej wynosiła na starcie kilkanaście osób) wprowadzała się do tak zwanego Domu Wielkiego Brata - niewielkiego budynku, naszpikowanego kamerami i zupełnie odciętego od jakichkolwiek informacji od świata.  Program polegał na obserwacji codziennego wspólnego życia uczestników i śledzeniu ich wzajemnych relacji. Życie w domu dyktowane było poprzez głośniki przez gruby, niewidzialny głos, zwany Wielkim Bratem.  Wielki Brat wydawał uczestnikom polecenia i dawał różnorodne zadania, których wypełnianie, podobnie jak wszystkich innych nakazów Wielkiego Brata było obowiązkowe. Oprócz tego co dwa tygodnie (w późniejszym etapie co tydzień) odbywały się tak zwane nominacje, w których każdy z uczestników musiał w specjalnym dźwiękoszczelnym Pokoju Zwierzeń odbyć z Wielkim Bratem rozmowę na temat współuczestników i wytypować dwoje z nich do odejścia z programu."
Wtedy wszyscy to oglądali, wszyscy tym żyli. Idealna zabawa dla dzieci z podstawówki, prawda?

A co w tym czasie oferowała szkoła (poza żenująco nieogarniętą kadrą)?
Kółko przyrodnicze - dodadkowe godziny z panią o usypiającym i momotonnym głosie. Wymiana wody zółwiowi (w zestawie akwarium, żółw, mętna woda, pompka, którą ktoś musiał "zassać" i wiadro). Podlewanie kwiatków. Smarowanie żółwiowi łuszczącej się skorupy jakąś maścią.  Kilka wybranych osób dostawało materiały do nauki na konkurs przyrodniczy.

Kółko plastyczne - prowadziła je utalentowana pani plastyczka (która uczyła także WF-u (!) i muzyki) jej szczególnym talentem była umiejętność ubrania się zgodnie z najnowszym wrzaskiem mody. Idealny makijaż, wysokie szpilki (jako jedyna nie zmieniała butów przed wejściem na nową wykładzinę w nowej sali gimnastycznej... ). Nigdy też nie pokazywała nam, jak robić przysiady. Jej lekcje nie były porywające, na kółku trochę się rozgadywała ale naszym zadaniem była masowa produkcja dekoracji szkolnych korytarzy i sal.

Na powyższe chodziło się dla "szóstek" i świadectwa z paskiem. Lubiłam zwierzątka i prace plastyczne, do dziś nie wiem jakim cudem przeżyłam tamte zajęcia nie tracąc swoich pasji.

Kółko wyrównawcze z matematyki - stworzone z myślą o uczniach "spadochronowych" jakieś 2-3 zaniedbane dzieci, które nie radziły sobie z nauką i nie bardzo było wiadomo, co z nimi zrobić. Pozostałe chodziły dorywczo dla lepszego zrozumienia tematu trudniejszych/opuszczonych  zajęć (lub nauki na poprawkę klasówki). Prowadzącej nie opiszę bo była dość charakterystyczna. Matematyczką była na pewno świetną ale grubo minęła się z powołaniem.

Religia była obowiązkowa ale pani katechetka była jak anioł - dobra i wierząca w grzeczne dzieci, to na religii latały w powietrzu kulki papieru, odbywały się ploteczki, odrabiały zadania z innych przedmiotów. Druga pani już nie miała skrzydeł (za to była też wuefistką) ani anielskiej cierpliwości ale przebieg zajęć i tak był podobny.

Zajęcia pozaszkolne? Do wyboru harcerze, taniec nowoczesny i tańce ludowe. Chodziłam krótko na te ostatnie, pozwólcie, że zacytuję jedną z piosenek:

Maryniu, Maryniu, ksiądz jedzie.
Do kogo? Do kogo? Do ciebie.
A jaki? Wikary.
Nie chcę go, nie chcę go, bo stary.
Maryniu, Maryniu, Jaś jedzie.
Do kogo? Do kogo? Do ciebie.
A jaki? Bogaty.
Niech wejdzie, niech wejdzie do chaty

2 komentarze:

  1. Haha ja tam hodowałam stonki na przykład ;p Ciekawy post :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piona! Już myślałam, że tylko ja miałam takie zapędy, jeszcze o zbieraniu i próbie hodowli ślimaków zapomniałam, do dziś nie wiem, jak uciekły;p

      Usuń

Lubię komentarze:) Podziel się swoją opinią. Krytykujemy konstruktywnie zachowania i poglądy - nie atakujemy ludzi. Szanujemy się.
Trole i reklamy żegnamy szybko i bez sentymentu

Instagram

Tu jestem

Follow

zBLOGowani.pl

Najczęściej czytane

.

© 2017 Copyright by kawazbrokatem. Wszystkie prawa zastrzeżone